Na Jasność, ale ze mnie idiotka!
Szczęśliwi ci, którzy nie myślą zbyt wiele, bo nawet kiedy są kompletnymi debilami to żyją w gronie podobnych debili, żadne problemy egzystencjalne nie są im znane ani też... no, kurwa, to co mnie spotkało. Rozczarowanie samą sobą, zauważenie własnej głupoty... no to co jest.
Tymczasem ja, mimo że mózg mam chyba tylko po to by mi żyły z tętnicami i naczyniami włosowatymi nie latały bez sensu, myślę zdecydowanie zbyt wiele. I to niestety jest jedna z nielicznych rzeczy których robię zbyt wiele - bowiem po za tym zbyt wiele to tylko się opierdalam i jem.
Z wspomnianego mózgu najwyraźniej bardzo ciężko mi się korzysta, można dojść nawet do wniosku, że praktycznie wcale tego nie robię, bo normalnie nie można być aż tak głupim. Mniejsza z tym, jak bez mózgu imaginuję sobie różne rzeczy i dochodzę do tych wszytskich głupich pomysłów drogą ponoć myślenia, może mam od wyobraźni osobny narząd, a mózg to tylko taka gęsta gąbka wypełniająca moją czachę. Nie ważne.
Do tej pory niejako uważałam... uważałam.. myślałam... kurwa, nie wypowiem jak mi się wydawało, nie napiszę tego, nie ma opcji. To by było zbyt wielkie upokorzenie, mimo że to niby mój prywatny pamiętnik, w którym jest wszystko. Ale nie, nie tym razem, nie mogłabym. Niech ten upadek zostanie w mojej głowie, nieznany nikomu. Nie przeżyłabym tego upokorzenia. Wyobraziłam sobie trochę zbyt idealną wersję siebie w świecie, a świadomość dość brutalnie powaliła mnie na podłogę. Mogłabym dosłownie jak w książce opisać sytuację chwilę po ogarnięciu sprawy: Powoli zapadł zmrok. Ada podeszła do okna i pozornie wyjrzała przez nie, jednakowoż nie rejestrowała prawie wcale ponurego krajobrazu za szybą. W jej głowie kołatały się myśli. Dziewczyna próbowała jakoś to wszystko sobie poukładać, zrozumieć, ogarnąć nowe doświadczenie. Wreszcie dotarło do niej. Dotarła do niej jej własna głupota. Gdy uświadomiła sobie jaką jest idiotką miała ochotę umrzeć, zapaść się pod ziemię, nigdy nie istnieć. Być jakimś bezmózgim, małym stworzonkiem, żuczkiem czy czymś takim. Nawet z tej ochoty wiała jeszcze jej stara arogancja, głupota. Osunęła się powoli na kolana a potem zgięła w pół, zwinęła w kłębek. Leżałaby tak zapewne bardzo długo, gdyby nie telefon...".
Tak właśnie było. Tak właśnie jest.
I to chyba jedno z pierwszych bardziej pasujących do ciekawej historii zdarzeń w moim życiu. Ale ciekawej historii nie będzie, jeżeli na to liczyłeś, to bardzo mi przykro.
Kiedyś byłam szczęśliwa, a przynajmniej bywałam. Potrafiłam odnaleźć radość, nie tylko ucieczkę przed światem. Wiem dlaczego. Bo miałam nadzieję, miałam bardzo dużo nadziei. Spoglądałam z wyczekiwaniem w przyszłość na odmianę, na wspaniałości które ta przyszłość miała nieść. Cała byłam nadzieją na lepsze jutro. Miałam jej tak wiele, że cały Bałtyk można by nią wypełnić i możliwe że jeszcze coś by zostało.
Teraz straciłam nadzieję. Skończyło się. Nie chcę przyszłości, kiedy pomyślę co ma przynieść mogę tylko siąść i płakać, nie wyobrażam sobie jej. Owszem, może mam jeszcze jakąś nadzieję, jakąś drobną iskierkę na dnie, wciśniętą gdzieś pod serce by nic jej nie ruszyło, ale tak... beznadziejnie mało. Wyobraźcie sobie że Bałtyk wysechł, została tylko malutka kałuża na jego dnie. Tak właśnie jest ze mną.
Nic już mnie nie pcha do przodu, nie chcę żadnej przyszłości, nic nie chcę. Mam tylko swoje urojenia i swoją głupotę. Nie ma dla mnie dobrego wyjścia.
Prócz cudu, ale cuda to rzecz Boska.
A jutro jestem umówiona na wizytę u psychologa. Ciekawe co mu powiem. Jaką jestem idiotką? Że wszystko co mam to Promień, bohaterowie z książek Kossakowskiej i trochę Bleacha? A może będzie jak zawsze i nie powiem nic sensownego?
Nie wiem, ale boję się że nie mogę spodziewać się niczego dobrego. Bo w ogóle, jak już mówiłam, nie mogę spodziewać się niczego dobrego.
A czas nieubłaganie wciąż do przodu i do przodu pędzi.
Ilidanka
Tyle komentarzy, a mi się nie chce akurat odpisywać.
Tyle rzeczy się zdarzyło, a mi się nie chce opisywać.
Tyle pomysłów w głowie, a mi się nie chce pisać.
Chciałabym usiąść i z kimś pogadać, K****!
Ale nie, jasne że nie. Kto by chciał ze mną pogadać? Kto miałby czas? Kto rzuciłby w cholerę to że jutro poniedziałek, zrobiłby ze mną coś szalonego? Oczywiste że nikt.
Lubię rozmawiać z inteligentnymi ludźmi, problem w tym że dla inteligentnych ktoś taki jak jak raczej nie jest interesującym rozmówcą.
A z nieinteligentnym nie mam o czym rozmawiać = też nie jestem interesującym rozmówcą.
I generalnie to dla nikogo nie jestem tak interesująca by usiąść ze mną pogadać, najlepiej w cztery oczy (bo inaczej trudno mi się odnaleźć) przez wiele, wiele godzin. Może tyko dla Marysi, ale Marysia jest ambitnym człowiekiem. Ma trudną szkołę, fajną klasę i wizję studiów medycznych. Pracowita, ale bez czasu. I bez szaleństw.
Nawet nie potrafię sobie wyobrazić, że przychodzi do mnie (lub ja do niej) w noc z niedzieli na poniedziałek i gadamy caaałą noc.
Bez przesady. Są rzeczy możliwe i niemożliwe.
Tyle że ja, jak zawsze, bardzo potrzebuję tej z gatunku "niemożliwe lub co najmniej bardzo trudne".
Ja naprawdę potrzebuję z kimś przegadać wszystko.
Bez tego nie dam rady pisać, tańczyć i śpiewać, znowu wrócić do diety, nie mam siły na nic.
Kurde, popłakałam się.
A dziś, dosłownie przed chwilą, w lustrze przelotnie zobaczyłam siebie. Po raz pierwszy od tak dawna, że nie pamiętam kiedy już, rozpoznałam siebie w odbiciu. Chciałabym być taka zawsze, ale nie potrafię.
Może nie poprawiłoby to moich relacji międzyludzkich, ale czy nie byłoby lżej być w pełni sobą?
Ciężko się pisze przez łzy, lecz pragnę napisać do końca. Nie wiem, co mam pisać, ale wiem też że coś chcę.
Jest tak cholernie ciężko.
Osoba która jest w tym lustrze podoba mi się. Nie jest może piękna, zjawiskowo szczupła, niezwykła, Nie ma dobrego stylu. Ale podoba mi się. Bo widzę że to ja. I chciałabym być taka zawsze, taka mieć wielu przyjaciół, którzy właśnie taką by mnie lubili i nawet sprawialiby że byłabym bardziej. Bardziej taka, bardziej sobą. Że byłabym szczęśliwa.
Chciałabym by zobaczenie siebie samej w lustrze nie byłoby niczym dziwnym, niezwykłym. I żeby to odbicie uśmiechnęło się do mnie z prawdziwym zadowoleniem.
Uśmiechem Ady ze świata, który jest tak blisko - trzeba tylko przebić się przez mur - a ja tylko sama nawet nie mam siły się o niego oprzeć.
Ilidanka
Smutno mi. Tak jakoś.
Bo zwaliłam dziś dwie kartkówki i sprawdzian.
Bo miałam beznadziejne piątkowe popołudnie i mam beznadziejny piątkowy wieczór.
Bo w przyszłym tygodniu zwalę jakieś chyba trzy czy cztery sprawdziany i jeszcze trochę kartkówek.
Bo zapowiada się kolejny marny weekend.
Bo jestem samotna.
Tak serio, serio samotna.
Prawda jest taka, że jestem beznadziejna i nie umiem znaleźć nikogo, kto by chciał być ze mną wiecznie, przy jednoczesnym uczuciu z mojej strony.
Jestem głupia, serio.
Ach, tak, notka z początku stycznia straciła już trochę na ważności, nie bardzo, ale trochę. Dokładniej tyle, że nie byłaby już teraz listem do nikogo, ale to jaka jestem to oczywiście prawda stała i niezmienna.
Że jestem beznadziejna.
Ilidanka
Tik-tok! Tik-tok!
Bije zegar życia. A ja jestem co raz starsza, wypadałoby poważniejsza, bardziej rozgarnięta, stąpająca bliżej Ziemi. Ach gdzie tam! Nie byłabym wtedy w końcu Ilidanną, tylko jakąś poważną, no chociaż normalną nastolatką.
Czuję się dziwnie stara. To już nie wypada, tamto nie wypada, coś przestanie wypadać lada chwila. Warto by pomyśleć o przyszłości, o jakimś dalszym życiu, bo nie można żyć wiecznie marzeniami, krótkimi wybuchami emocji. Wiem, wiem, ale ja nie umiem się zmienić. Nie umiem, bo w sercu nie czuję zmian - ja, zakochana po uszy w U, w B, w GxM i UxI (okazjonalnie jeszcze w R ale to akurat przyziemne), chciałabym całą wieczność być młoda, tańczyć boso w słońcu i ciepłym deszczu, grać, czytać to co lubię, oglądać anime, i nie wychodzić ze świata marzeń.
Tik-tok! Tik-tok!
Bije zegar życia. W raz z wiekiem rozwiewają się jak mgła kolejne marzenia, kolejne rzeczy w które wierzyłam. Jeszcze trochę, jeszcze trochę i nie zostanie ze mnie nic, a wtedy, zależnie od nastroju:
a)Wezmę wór na plecy (no ewentualnie plecak) i pójdę przed siebie, gdzieś gdziekolwiek, tam gdzie diabeł mówi dobranoc, wszystko mając w nosie
b)Przeprowadzę się do najdzikszego zakątka afryki czy puszczy amazońskiej i tam będę sobie żyć jak tubylcy
c)Skoczę z jakiegoś dziesiątego piętra.
Na razie ciągle jeszcze hoduję nadzieję, że jakoś się ułoży, któreś z tak wielu marzeń spełni i będę żyć, normalnie żyć, szczęśliwie żyć.
A tak w ogóle, to jakieś 70 % moich notek mogłabym w *** wywalić i zastąpić jednym, jednym zdaniem, zdaniem które będzie jedyne prawdziwe i bez zakłamania, bez jakiś nieporozumień wyrazi to co czuję.
Bo prawda wygląda tak
Nie wiem dokąd idę, ponieważ nie ma nikogo obok mnie, nikogo kto wskazałby mi drogę niczym światło u stóp.
Nikogo o kim mogłabym powiedzieć "naprawdę kocham"
Ilidanka
Dobranoc!
Z dnia 15 stycznia 2011 (sobota); dodane o 02:02
Znowu zarwana noc. Jeszcze tak przez dwie następne i będę mogła zobaczyć trochę halucynacji.
Co prawda już dziś po tej jednej miałam halucynacje słuchowe czy jak to zwać. Bardzo ciekawe choć trochę niepokojące.
W sumie to może lepiej się położę, w końcu jutro, a właściwie dziś, chemii uczyć się mam, wypadałoby być przytomnym, a nie po dwóch nieprzespanych nocach z rzędu... I tak teraz mam bardzo dziwne odczucia, już ze względu na nie mogłabym iść spać.
Tak więc dobranoc, coś ciekawszego może w dzień dopiszę, dopowiem o moich halucynkach słuchowych.
Ilidanka
Konicziła, gutentag i w ogóle hej.
Rok 2011 jak na razie zaczęłam z dwoma notkami przemyśleniowymi i generalnie trochę rzucając się, powtarzając i bredząc o wolności.
No, może nie bredząc, wszak w każde słowo wierzyłam i raczej jest moje, z mojej duszy i tak dalej.
Sama prawda, choć może bolesna, dziwna i w ogóle nie pasująca do pamiętnika. No i tak na marginesie może wcale nie powinnam jej z siebie wyrzucać, no bo to niebezpieczne, każdy ma możliwość poznać i jeszcze użyć przeciwko mnie! Tia, może i, gdyby nie moi kochani znajomi & przyjaciele już dawno nie stwierdzili, że moje wynurzenia czyta się ciężej jak "Krzyżaków" i dali sobie spokój z wnikaniem w tegoż słit blogaska. No i? Przecież nie ma tu nic ważnego, trochę rozmyślań samobójczych, niepewne wyznanie prawdopodobnie miłości do kumpla, opis jakiegoś popołudnia i rozmyślania nad wartością mojego życia. Nic ciekawego, i bez tego będzie nasza znajomość trwać, może nawet lepiej.
Maryś, moja kochana Maryś, jeszcze coś tam zaglądała kiedyś, pamiętam jak jej się mózg lasował przy mojej jakże cudownej i genialnej notce o mózgu.
Ale to dawno było.
Nie mówmy już o tym!
Wszakże 7 stycznia ilidanna miała pierwsze urodziny!
ee... źle. To nie tak brzmi. Nie zgrało się.
Bo Ilidanna to ma urodziny w czerwcu, i jakby nie patrzeć trochę dalsze niż pierwsze (chociaż w sumie to byłoby o wiele łatwiej znów obchodzić pierwsze urodziny). 7 stycznia to była rocznica założenia tego bloga, o nazwie z mojego pseudonimu.
Nie, też nie. Ten blog to jest stary jak moje bytowanie w internecie, jak mam być szczera, z dobre pięć lat niewyjęte, jak nie lepiej.
7 stycznia to data, kiedy wróciłam na tego bloga, wyjebałam w próżnię dyslektyczne, nie nadające się do czytania nawet przeze mnie, notki dziecka z podstawówki, wszystkie kalekie twory różnych prób późniejszych zastosowań i marne jak ten dzisiejszy śnieg za oknem opowiadanie, głupawy ff "Piratów z Karaibów", po czym ogarnęłam szablon, wywaliłam też całą księgę SPAMem zarzuconą (zostawiłam tylko jeden, jedyny wpis od koleżanki, dziewczyny która wtedy była naprawdę bardzo fajna) no i rozpoczęłam nowiutką działalność na "ilidanna.mylog.pl" Cudownie, prawda? Mój pamiętniczek liczy sobie rok i mogę ładnie za jednym zamachem podsumować ile rzeczy w ciągu ostatniego roku straciłam i zyskałam, ile nadziei miałam i jak bardzo się rozczarowałam. Hop-siup i Ilidanka przypomina sobie jak kiedyś narzekała na swoje życie i jak uważała że przyszłe (czyli obecnie dla niej obecne) będzie cudne i wspaniałe.
Co się udało? Nic! Jakież to nieprzewidywalne, wręcz pachnące przygodą, prawda? Aż chce się śpiewać!
Śpiewać ponurą pieśń żałobną.
Ale muszę powiedzieć jedno. Przez te 79 notek wcale się nie zmieniłam. Zmądrzałam może trochę, trochę się dowiedziałam, trochę przeżyłam, ale w gruncie rzeczy jestem taka sama.
Taka sama, tylko już odarta z wielu złudzeń, które kiedyś były dla mnie jednym z niewielu powodów do życia. Straciłam wiele nadziei, ale, jakimś przewrotnym szczęściem ciągle żyję a nawet mam się całkiem nieźle.
Jak jest naprawdę ciężko to uciekam, uciekam w świat anielskich romansów na postawie książek Kossakowskiej, iście magicznych przygód i miłości jako panna Malfoy, lub też, zależnie od nastroju, zwyczajnie bleachomaniackich historii, względnie czasem zakrawające na porno i to najczęściej yaoi porno.
No dobra, może przesadzam, moja obecność w tych wymiarach nie jest taka płytka, o nie, to cały świat, całe życie, cała historia, jako różne istoty, już wymyślone albo jeszcze nie, często występuję ja jako ja, i w ogóle to jest bardzo głębokie, ale skutek jest jeden - ja marnuję czas, nauczycieli nigdy nie obchodzi to że któryś uczeń pozbawiony na trochę dłuższy czas swojej dziwnej rozrywki gotów skoczyć z jakiegoś okna i generalnie to mam być fajna, zwykła i życiowa, kiedy ja jestem głupia, pokrzywiona w duchu i bardzo, ale to bardzo nieżyciowa. Taki los, taki los...
No i nie mogę, ile można pisać głupoty. Trudno, w tej notce też nie poopowiadam o białych jako kundlach, trzeci raz przepadło. Może następnym razem się uda.
Ilidanka
Patrzę w szafę pełną różnych ubrań. Spoglądam na korale i wisiorki zalotnie błyszczące w świetle lampy. Widzę je wszystkie i czuję pustkę. Czy mam cokolwiek? Otaczają mnie przedmioty, ukochane książki piętrzą się na półce. A jednak jest tak jakbym nie znała ich wcale. Tacy nigdy nie żywi towarzysze otaczają mnie.
Wrażenie szybko mija, uczucie pustki wypełniają wspomnienia. Nikt nie zliczy godzin, które spędziłam w tym pokoju, dni kiedy wszyscy tutaj, książki i przedmioty, pozwolili mi żyć. Byli ze mną gdy opuścili wszyscy inni. Milcząc nie milczeli.
Wrażenie mija, ale pozostawia refleksję. Co ja mam? Co ja osiągnęłam? Nic. Posiadam tylko to, co mi dano. Uśmiechy cudze, cudzy gest. Żyję tylko dzięki innym. Sama z siebie mam... tylko siebie. Głupią, zagubioną duszę małej dziewczynki. Proch i pył.
Nie przepadam za moim życiem. Nie umiem wziąć siebie i wybiec. Zmienić los, zmienić przeznaczenie.
Nie chce trwać dalej taka zwyczajna, jak setki na całym świecie. Po prostu żyć. Moje serce stworzone jest dla bohaterki, wyjątkowej osoby, kogoś kto zmieni cały świat. Niestety tylko serce. Jak pójść za jego głosem? Jak odmienić monotonnie dni, niby innych a takich samych?
Choć w pewien sposób był w Pandemonium i patrzyłam na głowy na palach, odwiedziłam najwyższe nieba i szare ulice, widziałam miejsca gdzie strach chodzić i czarne dziury, biedę z nędzą, bogactwo i zbytek, piękno i brzydotę, przyjrzałam się ludziom którzy zmienili świat, podróżowałam do krain leżących poza czasem i po tej drugiej stronie, cofnęłam się w czasie i zajrzałam w przyszłość, w światy alternatywne i w odległe galaktyki to i tak nic mi z tego nie przyszło. Trochę mądrości, trochę słów. A to dlatego, że choć wszystko przeżyłam naprawdę, widziałam wyraźniej niż zamazany krajobraz za oknem, poczułam mocniej niż wydarzenia codzienne, wzruszyłam się, wzburzyłam, cieszyłam i płakałam, kochałam i myślałam że kocham, lubiłam i nienawidziłam, to jednak świat twierdzi "To nie było prawdziwe. Trafiłaś tylko do głów pisarzy, tak jak w swojej głowie przeżywasz tylko te wszystkie przygody, te wszystkie inne wcielenia". Słyszę ten głos! I nie wiem już w co wierzyć.
Nie mam nic.
I obok tych wszytskich marzeń, które rozumny człowiek odrzuca, tkwi takie jeszcze jedno, zupełnie inne. Bo czasem marzę sobie, tak jak dziś, że zbiorę ekipę, drużynę, znajdę przyjaciół nie byle jakich, i wyruszymy, a może zostaniemy gdzie jesteśmy, przeżyjemy przygody, odkryjemy świat jakiego sama odnaleźć nie mogę, zaprzyjaźnimy się na wieczność. Młodość jak z książki.
Ja pragnę być z książki. Ja pragnę zmienić świat.
Jakkolwiek to ostatnie zdanie brzmi, będzie prawdą.
Szukam ludzi, którzy wyruszą ze mną, którzy mnie polubią taką jaką widzą, którzy wyzwolą prawdziwą mnie z niewidzialnego więzienia, z którymi będę mogła pójść na koniec świata, w których będę mieć zawsze oparcie...
Ja po prostu, jak zawsze, pragnę być szczęśliwa. Tak jak powtarzam to w kółko, nie robiąc nic.
Ilidanka
Drogi Ty
Pewnie nigdy nie powiem ci tego w twarz. Nigdy nie przeczytasz nawet tego wpisu, bo nie masz czego szukać w moim pamiętniku, co cię obchodzą jakieś moje wynurzenia? Możemy porozmawiać, możemy pobyć czasem razem, lecz to wszystko. Zostańmy przyjaciółmi. Bo ja nawet nie zakrawam na dziewczynę godną kogoś takiego jak Ty.
Nie jestem godna Ciebie. Nie potrafię śpiewać - skrzeczę jak stara, głucha sowa, od której tak bardzo wcale się nie różnię. Nie zatańczę tylko dla Ciebie - w niedźwiedziu odnajdziesz już więcej wdzięku jak we mnie. Grubiutka, mała, niespecjalnie piękna - taka właśnie jestem. Nie możesz liczyć na obraz czy piękne słowa jeśli o mnie chodzi - talentu we mnie mało. Mój uśmiech nie olśni całego świata, moje oczy nie zaświecą. Nie dałabym rady dobiec dla Ciebie chociaż do sklepu za rogiem, a co dopiero na koniec świata. Przykro mi, nie jestem cudowną dziewczyną. Mogę co najwyżej usiąść z Tobą na jakimś dachu i przegadać całą noc patrząc w niebo. Mogę pocieszyć Cię, uśmiechnąć się i upiec prawdopodobnie najgorsze ciasteczka na świecie.
Tego oczekuje się od przyjaciółki, prawda? Dlatego jesteśmy przyjaciółmi. Żebym ja chociaż odrobinę mądrzejsza była, inteligentniejsza. Mniej leniwa. Niestety - jestem jaka już jestem i nie mam w sobie odrobiny silnej woli by to zmienić. Nawet Ty nie jesteś moją silną wolą. Nawet ty.
Nie potrafię zmienić tego, że czuję się niezrozumiana, całkowicie nieprzystosowana do życia w tym świecie i w ogóle "nie". Czasem wydaje mi się że Ty jesteś jedyną osobą, która potrafiłaby mnie zrozumieć. Że Ty mógłbyś ogarnąć więzienie mojego umysłu. Jeśli ktoś na świecie, to tylko i wyłącznie Ty.
Patrzę w lustro, lecz nie mogę tam odnaleźć sama siebie, o dziewczynie godnej kogoś takiego jak Ty nie wspominając. Nie jestem ani sobą, ani kimś kogo Ty mógłbyś pokochać. Pasowałabym raczej na bohaterkę tragiczną, która nie ważne co zrobi - nie może być szczęśliwa. Jestem też jak jakaś nieudana wersja Julii, która przebija sobie serce sztyletem, bo Romeo, Ach mój Romeo!, wcale nie zapałał do niej głębokim uczuciem. Bo niespecjalnie ktokolwiek postanowił się w niej zakochać, w jej głupocie, chorobliwej nieśmiałości, w jej wszystkich faux pas i udach słonia.
To takie urocze, kiedy mnie czasem pocieszasz, ale niestety urocze urokliwością rodem z "Edypa" czy "Antygony". Kto wie, może dla starożytnych greków moje życie byłoby całkiem atrakcyjnym tematem, idealnym na święta i przeżywanie "oczyszczenia". Ech, brednie. A ja po prostu chciałabym być szczęśliwa.
Nie potrafię dostrzec dla siebie jakiejś racjonalnej przyszłości, a jedyną alternatywą dla mnie jest przeniesienie do innego świata. Mogę Cię zapewnić, że tęskniłabym tam za Tobą. Brakowałoby mi Ciebie, twoich włosów, oczu, Twojego zachowania. Może spotkałabym tam tabuny facetów, których każdy nazwałby o wiele lepszymi od Ciebie, ale jestem pewna że kogoś takiego jak Ty na całym świecie, we wszystkich światach, nawet w moich wyobrażeniach nie ma. Jesteś jedyny, jedyny, jedyny w swoim rodzaju. Największy mędrzec pospołu z największym szaleńcem nie wymyślili by kogoś podobnego.
Nie jeden już raz byłam bliska odebrania sobie życia, ale jednak wciąż tutaj jestem. O tak wiele mądrzejsza od pierwszych myśli samobójczych, że to szok, że aż ciężko mi samej sobie uwierzyć w swoją głupotę i powód tego żalu. Dziś jestem mądrzejsza, ale wciąż nie raz jestem pogrążona w głębokim smutku, w smutku który potrafi zabijać. Jakiż to upadek, że często wtedy myślę o Tobie.
Ponieważ oprócz tego że jesteś najlepszy, jesteś też całkowicie beznadziejny, zupełnie nie dla kogoś za kogo ja uchodzę. Nie dla mnie takiej, jakiej zdaję się być.
Tyle że ja nie jestem taka, na jaką wyglądam, na jaką się zachowuję. W ogóle mnie tu nie ma. Moje prawdziwe ja siedzi głęboko w mojej głowie i znam je tylko z tych wszytskich historii, w żaden sposób nie umiem go wyjawić. Jestem dziwna, fakt. Wszyscy zastanawiają się jak można tak bardzo nic nie robić jak ja. A to nie tak, że nic nie robię. Ja wtedy żyję. Dopiero wtedy żyję. Rozwijam marzenia, skrzydła, idee nie mające prawa bytu w tym okropnym świecie. nie jestem stąd, ale stąd muszę być. Nie ma dla mnie przyszłości, nie widzę światła przed sobą.
Ale widzę Ciebie.
Jaki to piękny tragizm, gdy jedyną nadzieją uczyniłam kogoś takiego jak Ty, że moją jedyną nadzieją stałeś się właśnie Ty. Romantyczne, rzekłabym, i piękne, gdybym czytała książkę. Ale to dzieje się naprawdę i za razem w tym świecie który dla mnie jest taki nieprawdziwy. Bardziej płaski niż moje marzenia, niby znajdujące się tylko w głowie.
Chciałabym kiedyś trafić do świata z moich marzeń, stać się tam sobą i wrócić, choć na jeden dzień, będąc wreszcie taka jaka jestem, jaka powinnam być, taka jaką czuję wewnątrz. Jestem pewna, że spodobałaby ci się bardzo taka wersja mnie. Nie aż tak, by się we mnie zakochać, to pewne, ale na pewno pasowałabym na twoją przyjaciółkę. Jaka bym była szczęśliwa! Jak by mi to wystarczyło!
Ale tkwię tu kolejny i kolejny dzień i nic się nie zmienia, świat pędzi bez hamulców przed siebie a ja umieram. Powoli, powoli. Nie mogę odnaleźć lekarstwa na swój ból, na swoją chorobę. Jeżeli się nie polepszy to pewnego dnia zabiję się, skracając mękę. Pójdę do Piekła i będę cierpieć dalej, w nieskończoność lub nie czeka mnie nic, po prostu pustka. Na razie, póki mam siłę, wierzę w jeszcze tysiąc następnych żyć, które mam poznać, w cud i magię, w odmienienie mojego życia, ale nie sądzę by ktoś tak słaby i beznadziejny jak ja mógł wierzyć w nieskończoność.
No i popatrz. Nawet w liście którego i tak nie przeczytasz muszę poużalać się nad sobą, zasypać Cię moimi durnymi problemami i przemyśleniami. Jak zawsze jestem beznadziejna. Dlatego na koniec pragnę powiedzieć jeszcze jedną tylko rzecz, coś co chcę być wiedział zawsze i staram się przekazać Ci zawsze kiedy rozmawiamy.
Wiedz, że zawsze, ale to zawsze, niezależnie od tego co się stanie, nawet jeśli byłoby tak że nie zasługiwałbyś już na to, możesz na mnie liczyć. Jesteś dla mnie ważny, nawet gdy mówię że Cię nienawidzę, gdy chcę już nigdy Cię nie spotkać.
Bo to wszystko przez to że nie jestem pewna
Że nie potrafię być pewna
Nie umiem dojść do żadnego wniosku
Ale czasem myślę że Cię Kocham.
Ilidanka
Przyjaciele
...są daleko.